Następnego dnia zastanawiałem się, czy ponownie go spotkam. Czy znowu będzie tam siedział, w tym samym pubie, o tej samej porze? Czy to był jego rytuał, czy może tylko przypadek?
Wchodząc do pubu, widziałem przestrzeń, która wydawała się jednocześnie obca i znajoma. I wtedy go zobaczyłem. Powitał mnie, jakbyśmy znali się od lat, jakby nic nie mogło być bardziej naturalne.
– Jedziemy dalej z tematem?- zapytał z lekkim uśmiechem, który balansował między żartem a czymś trudniejszym do nazwania. Przytaknąłem skwapliwie. Poczułem, że to zdanie jest jak test – choć nie miałem pojęcia, czego miałoby dotyczyć.
– Wiesz, z porażkami jest tak, że to emocjonalny rollercoaster. Wsiadasz, choćby nie wiem, jak się opierał. Wygrywasz, albo dajesz ciała- a pytanie nie brzmi „czy się przejmiesz?”, ale „jak sobie z tym poradzisz?”.
Zaczął opowiadać o tym, jak reagujemy na porażki.
– Pamiętasz te pięć etapów żałoby, o których zawsze mówią psycholodzy? One działają też przy porażkach. Na początku zaprzeczasz: „Nie, to niemożliwe, to jakiś błąd!”. Potem przychodzi gniew: „To przez szefa, bo dał mi za mało czasu” albo „System mnie oszukał”. A zaraz po tym zaczynasz targować się z rzeczywistością: „Może da się to jakoś odkręcić, napisać maila, porozmawiać”. Jak to nie działa, wpadasz w dół – myślisz, że jesteś beznadziejny. Ale w końcu, jeśli pozwolisz sobie na przeżycie tych emocji, przychodzi akceptacja. I wiesz co? To jest ten moment, kiedy zaczynasz widzieć światełko w tunelu.
Zrobił przerwę, jakby chciał, żebym to przetrawił, i dodał:
– Problem w tym, że nie każdy dochodzi do akceptacji. Często ludzie utkną w gniewie albo w depresji. Albo, co gorsza, zaczynają stosować te mechanizmy obronne, co to je każdy z nas ma w zanadrzu.
Zapytałem, o co dokładnie mu chodzi.
– No wiesz, racjonalizacja: „To i tak nie miało sensu”. Albo wyparcie: „Zapomnę o tym, nie będę myśleć”. Humor to kolejny sposób – niby się śmiejesz, że przynajmniej masz teraz czas na Netflixa, ale w środku cię to gryzie. Czasem zaczynasz obwiniać wszystkich wokół, tylko nie siebie. I wiesz co? Wszystkie te metody na chwilę pomagają, ale na dłuższą metę są jak plaster na złamaną nogę.
Chyba zauważył, że to wszystko trochę mnie przytłoczyło, bo zmienił ton.
– Ale wiesz co? Jest też dobra strona medalu. W obliczu porażki naprawdę pomaga wsparcie innych ludzi. Serio, nawet zwykłe „Dasz radę” potrafi zdziałać cuda. Bo nikt nie jest samotną wyspą, a rozmowa z kimś, kto nas rozumie, daje ci perspektywę: „Hej, inni też to przeżyli i wyszli z tego obronną ręką”.
Na koniec spojrzał na mnie z takim uśmiechem, jakby już wiedział, jak zareaguję na to, co zaraz powie.
– Najważniejsze to pamiętać, że porażka to nie jesteś ty. To tylko jedno wydarzenie w twoim życiu, a życie jest znacznie większe. Więc, stary, jak coś pójdzie nie tak, nie obwiniaj się za długo. Po prostu zadaj sobie pytanie: „Czego mogę się z tego nauczyć?”. Bo zawsze jest następny raz. Zawsze.
Przytaknąłem, bo nie było jak się z nim nie zgodzić. Z taką refleksją wychodząc z pubu myślałem, że nawet jeśli coś schrzanię, to świat się od tego nie skończy.