Pub, jak zawsze w czwartki, był półmrocznym azylem, gdzie świat zewnętrzny zdawał się rozmywać, jak atrament na wilgotnym papierze. Siedział już tam, jakby czwartkowe wieczory należały do niego od zawsze. Gdy mnie zobaczył, uniósł szklankę w niemym powitaniu, jak kapitan na tonącym statku, który wciąż zna wszystkie reguły etykiety. Czekał, ale nie tylko na mnie – na rozmowę, której granice wyznaczał wyłącznie jego nieodgadniony rytm.
Zamówiliśmy.
– Wiesz, człowieku- zaczął nagle- porażka to taki dziwny nauczyciel. Uczy cię więcej niż sukces, ale boli jak diabli. Z czasem nauczyłem się z nią rozmawiać.
Nie wiedziałem, czy mówi do mnie, czy do siebie, ale słuchałem.
– Jest taki trik – ciągnął- Trzy kroki: Zatrzymaj się, Przegrupuj, Ucz się. Wiesz, o co chodzi? Kiedy coś się spieprzy – a zawsze coś się spieprzy – pierwsze, co robię, to zamykam oczy i biorę oddech. Taki porządny, głęboki, jakby miał wywiać cały ten syf z głowy. Bez tego człowiek wiruje. Obwinia się, wali jak mucha w okno. Oddech- to takie zatrzymanie, to jak hamulec w aucie – ratuje przed katastrofą.
Spojrzałem na niego, a on kontynuował.
– Potem trzeba przegrupować myśli. Zadać sobie te pytania, wiesz? Co się właściwie stało? Czy to była moja wina? A jeśli tak, to co teraz? Wiesz, czasami najtrudniejsze jest spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: tak, to ja to zawaliłem. Ale kiedy już to zrobisz, to nagle wszystko staje się prostsze. Bo wiesz, co robić.
Zrobił przerwę na łyk, jakby to był element tej całej jego „filozofii”.
– A na końcu… uczysz się. Co mogę zrobić lepiej? Jakiej lekcji mnie to nauczyło? Bo widzisz, błąd to tylko błąd, ale jeśli wyciągniesz z niego coś na przyszłość, to staje się krokiem. Każda porażka to schodek w górę, tylko trzeba go zobaczyć.
Pokiwałem głową, bo coś w tym było.
– A ty jak sobie radzisz? – zapytał. Wzruszyłem ramionami, więc opowiedział dalej.
– Człowieku, odporność psychiczna to trening. Ja robię tak: wieczorem siadam z kartką. Po jednej stronie piszę, co mi się udało, a po drugiej, co zawaliłem. Wiesz, co zauważyłem? Że te sukcesy są dziećmi tych porażek. Jakbym ich nie miał, to bym się niczego nie nauczył.
– Czasem – kontynuował – przed ważnym dniem siadam i wyobrażam sobie dwa scenariusze. Co, jeśli pójdzie dobrze, a co, jeśli się nie uda? To pomaga. Czuję, że jestem gotowy na wszystko. A jeśli coś pójdzie źle, to potem siadam z moim dziennikiem emocji. Piszę, co czułem, jak reagowałem. Z czasem widzisz, jakie masz schematy i co możesz zmienić.
Pogładził brodę i spojrzał gdzieś w dal, jakby wracał do jakiejś odległej myśli.
– Najważniejsze to pozytywne myślenie. Nie udaje się? Mów sobie: jeszcze nie teraz. Jeszcze to osiągnę. I codziennie dziękuj za trzy rzeczy. Nawet jeśli to tylko ciepła herbata, dach nad głową i zdrowie. To zmienia perspektywę.
Wstał, wziął bluzę i poklepał mnie po ramieniu.
– Pamiętaj, człowieku, porażka cię nie definiuje. To, co z nią zrobisz, to jest najważniejsze. Na razie, może się jeszcze spotkamy.
Patrzyłem, jak wychodzi, i pomyślałem: może to był tylko kolejna pogaducha w pubie. Ale jego słowa wryły się we mnie jak dobrze napisana piosenka.